wtorek, 22 sierpnia 2017

Small Italy tour, czyli Rzym i Neapol w tydzień

Cudowne słoneczne Włochy to jedna z moich małych wypraw jakie zaplanowałam na czerwiec 2017. Podczas tej spontanicznej podróży postanowiłam zwiedzić Rzym i Neapol. Dwa tak różne i tak na swój sposób magiczne miejsca. O ile w Rzymie zakochają się chyba wszyscy to Neapol budzi wiele skrajnych emocji. Chcę Was zabrać w podróż do tych niezwykłych miejsc, zapraszam do poznania mojej włoskiej przygody.
DZIEŃ 1
Podróż z Warszawy do Rzymu. Wszystko przebiegało zgodnie z planem, mianowicie dojazd na lotnisko, szybka odprawa, samolot wystartował o czasie. Lot odbywał się w późnych godzinach wieczornych, trochę szkoda, bo cudownie byłoby zobaczyć Rzym z lotu ptaka. Niemniej jednak Rzym w nocy oczywiście też miał swój urok. W pierwszej wersji nie planowałam transportować się do hotelu taksówką, ale późna pora nocna zmusiła mnie do tego. W końcu lepiej zacząć nowy dzień wcześnie rano i pełnią energii. Na szczęście hotel znajdował się niezbyt daleko od lotniska, bo jakieś 8 km. Taki przejazd kosztował nas €30. Dość sporo. Strach pomyśleć jaki jest koszt dojazdu do samego centrum. Przed podróżą w wielu przewodnikach i na blogach czytałam na temat tzw. mafii taksówkarskich w okolicach lotniska, że lepiej ich unikać właśnie ze względu na wysokie ceny przejazdów. Tak więc szybko i szczęśliwie dotarliśmy do Appia Park Hotel. Właśnie od teraz zaczyna się nasze small Italy tour.
DZIEŃ 2
Pobudka o 7:00 rano. Szybki prysznic i pożywne śniadanie. Śniadanie w hotelu w formie szwedzkiego stołu zaskoczyło mnie bardzo pozytywnie szerokim wyborem posiłków. Nie zmieniłam moich upodobań śniadaniowych, odbyło się ono jak zawsze na słodko. Musli z mlekiem i świeżymi pomarańczami to było właśnie to. Do tego wyśmienite lokalne cappuccino. O tak, właśnie tak to sobie wyobrażałam. Siedząc na tarasie, popijając kawkę poczułam "slow" tego włoskiego miasta. Chwilo trwaj - myślałam. Jako, że czas płynie nieubłaganie szybko, szkoda byłoby spędzić cały dzień w hotelu dlatego czym prędzej zebraliśmy się, aby zacząć właściwy Rome tour. 
Niespełna 300 m od naszego hotelu znajdował się przystanek autobusowy, gdzie można bezpośrednio dotrzeć do "pomarańczowej" linii metra A. Akurat ta linia prowadzi przez centrum i najważniejsze atrakcje miasta. To co najbardziej zaskoczyło mnie na przystanku to to, że brak było rozkładu godzinowego kursowania autobusów miejskich, jedynie zakres kursowania 5:40-23:00. No cóż to sobie poczekamy - myślałam, w końcu Włosi nigdzie się nie spieszą. Myliłam się jednak, bo autobus przyjechał po niespełna 10 minutach czekania. Przejazd do stacji metra Arco di Travertino zajął nam około 15 minut. Pierwszym celem naszej wyprawy było Koloseum. Po dojechaniu na miejsce przywitała nas majestatyczna budowla skąpana w promieniach słonecznych. Wykonałam kilka szybkich zdjęć i zaczęłam poszukiwać wejścia do środka Koloseum. Kolejka ludzi czekających do kasy biletowej nie napawała optymizmem... no, ale być w Wiecznym Mieście i nie zwiedzić Koloseum od środka? To niemożliwe. Jest to pierwsze i najważniejsze "must see" w Rzymie. Oczekiwanie w pełnym słońcu w towarzystwie mężczyzn usilnie chcących sprzedać zimną wodą i parasolkę upłynęło w miarę sprawnie. Po około 50 minutach byliśmy w środku. Wybraliśmy bilet, który upoważnia do zwiedzania 3 atrakcji: Koloseum-Palatyn-Forum Romanum za €12 przez 2 dni. A teraz trochę historii i faktów. Koloseum, a właściwie Amfiteatr Flawiuszów powstało w 80 roku, na zlecenie rzymskiego cesarza, Wespezjana (z rodziny Flawiuszów). Ceremonia otwarcia Koloseum, które było areną walk gladiatorów trwała 100 dni i podczas niej miało miejsce niewiarygodne jak na tamte czasy wydarzenie - naumachias. Było to widowisko odtwarzające słynne bitwy morskie. Na ten cel arena Koloseum zamieniła się w basen i była wypełniona wodą. Nazwa Koloseum wbrew pozorom nie pochodzi od wielkich rozmiarów tej budowli. Tuż obok Koloseum znajdował się olbrzymi, 40-metrowy posąg ze złoconego brązu, przedstawiający Kolosa, czyli cesarza Nerona. Po najeździe Gotów na Rzym posąg tajemniczo zniknął, lecz nazwa Koloseum pozostała do dnia dzisiejszego.
Po wyjściu z Koloseum udaliśmy się w kierunku Łuku Konstantyna Wielkiego. Łuk ten zbudowano dla uhonorowania dziesięciolecia sprawowania władzy przez cesarza Konstantyna. Następnie przeszliśmy do zwiedzenia Palatynu, czyli wzgórza uważanego za miejsce najstarszej osady rzymskiej zwanej Roma quadrata. Następnie przeszliśmy do zwiedzania Forum Romanum. Jest to najstarszy plac miejski w Rzymie, otoczony sześcioma z siedmiu wzgórz: Kapitolem, Palatynem, Celiusem, Eskwilinem, Wiminałem i Kwirynałem. Jest to główny polityczny, religijny i towarzyski ośrodek starożytnego Rzymu, miejsce odbywania się najważniejszych uroczystości publicznych.
Zwiedzanie tych 3 atrakcji zajęło nam około 5 godzin, nie ukrywam, że było robione to nieco na szybko, bo tego dnia mieliśmy zaplanowane jeszcze trochę atrakcji. Jako, że od śniadania nie udało nam się nic zjeść to trzeba było poszukać jakieś przyjemnej pizzerii gdzie moglibyśmy zjeść dobry obiad. Udaliśmy się  w tym celu w głąb wąskich uliczek zachęcających różnorodnością uroczych knajpek. Jedną z nich wybraliśmy, zostaliśmy miło i ciepło przyjęci. Ja zamówiłam klasyczną pizzę margheritę a mój mąż napoli. Pizza dobra w smaku, choć spodziewałam się większego efektu "wow", no nic może się nie znam - myślałam, ale mojemu mężowi "pizza ze śledziem" (jak to określił) też jakoś wyjątkowo dobrze nie smakowała. Po pożywnym posiłku idziemy dalej poznawać Rzym.
Przenosimy się na Piazza Venezia to jeden z głównych punktów orientacyjnych miasta. Znajduje się on w samym centrum i skupia wokół siebie znane polityczne, religijne i turystyczne obiekty. Nad placem dominuje Ołtarz Ojczyzny, czyli muzeum-pomnik, który powstawał w latach 1885 – 1911, dla uczczenia wielkiego wydarzenia, jakim było Zjednoczenie Włoch.
Na tym nie kończy się jeszcze dzień naszego zwiedzania. Zaplanowaliśmy jeszcze Plac di Spagna i Schody Hiszpańskie. Jest to najpopularniejsze miejsce spotkań rzymskiej młodzieży, ale także ulubione miejsce dla turystów. Słynne Schody Hiszpańskie powstały na zlecenie papieża jako połączenie między kościołem o tej samej nazwie, a Piazza di Spagna. To największe wolnostojące schody świata. Liczą sobie 138 stopni. Muszę przyznać, że robią wrażenie. Postanowiliśmy wdrapać się na samą górę, by móc sobie na nich siąść i w spokoju obserwować zachowanie okolicznych mieszkańców. Z Placu Hiszpańskiego wychodzą najbardziej znane i eleganckie rzymskie ulice: Via Condotti, Via Frattina,  elegancka i bardzo często uczęszczana, Via del Babuino znana z licznych prywatnych galerii.Wspomniane tu przeze mnie uliczki mają w sobie coś magicznego. Warto wybrać się na spacer wzdłuż nich żeby poczuć klimat Rzymu.
Na zakończenie drugiego dnia wycieczki kierujemy się w stronę fontanny di Trevi. Podobno jest to jedno z najbardziej romantycznych miejsc w Rzymie. Rzeczywiście jest piękna, natomiast ogromny tłum turystów i ciągle gwiżdżący ochroniarze na siadających na fontannie turystów uważam za mało romantyczne... Cudem udało nam się dopchać do fontanny, zrobiliśmy szybkie foto i oczywiście wrzuciliśmy monetę z życzeniem. Za dziecka miałam przyjemność zwiedzić Rzym. Było to już przeszło 20 lat temu. Matko! Jak ten czas leci. Z tego okresu pamiętam doskonale właśnie tą fontannę. Musiała zrobić na mnie ogromne wrażenie. Wtedy też wrzucałam monetę, z życzeniem powrotu do Rzymu. No i spełniło się. Wieczorną porę spędziliśmy przy lampce Prosecco wspominając atrakcje z tego dnia.
DZIEŃ 3
Pobudka o 8:00. Nogi bolały strasznie, mimo wygodnych butów pojawiły się odciski. No cóż, takie są uroki zwiedzania Wiecznego Miasta na własnych nogach, ale czułam się wyśmienicie, bo lubię się porządnie zmęczyć. Po zjedzeniu kolejnego wyśmienitego śniadania rozpoczynamy kolejny dzień zwiedzania. Słońce paliło mocniej niż dnia wcześniejszego. Chociaż może bardziej było to dla mnie odczuwalne, bo miałam na sobie długie spodnie. Tego dnia zaplanowaliśmy zwiedzanie Watykanu, a tam obowiązuje odpowiedni ubiór. Kolana i ramiona mają być zasłonięte. Ochrona jest bardzo restrykcyjna i przy złym ubiorze nie wejdzie się do środka. Dojechaliśmy do Watykanu metrem linii A – przystanek Ottaviano San Pietro. Piechotą dotarliśmy do Placu Św. Piotra. W Rzymie sprawdza się powiedzenie: kto rano wstaje ten wszystko zobaczy. Do bazyliki kolejki są tak długie niczym do Koloseum. Bazylikę można zwiedzać już od 7 rano. Wstęp jest bezpłatny. My dotarliśmy na miejsce coś około 10:00, dlatego też 30 minutowa kolejka nie mogła nas ominąć. Moim zdaniem i tak do bazyliki dostaliśmy się szybko biorąc pod uwagę, że na zwiedzanie wybraliśmy jedno z najważniejszych świąt kościelnych, czyli Boże Ciało. Miejsce ważne dla Polaków mieści się w Kaplicy św. Sebastiana. To druga kaplica prawej nawy, kolejna po Piecie Michała Anioła. Ścisk tego dnia w bazylice był tak duży, że nie dało się spokojnie jej zwiedzać. Poza tym w tym samym czasie przez bazylikę przechodziła procesja, stąd też byliśmy "uwięzieni" w kaplicy po prawej stronie. Kiedy w końcu udało nam się stamtąd wydostać udaliśmy się na kopułę. Oczywiście swoje także trzeba było odstać w długiej kolejce, ale warto było. Wejście na kopułę polecam tylko osobom o bardzo dobrej kondycji. Jest gorąco, wiele osób mdleje, a zawrócić nie można. Kto nie czuje się na siłach, zawsze może wjechać windą na taras bazyliki i też zrobić fajne zdjęcia. Koszt €8 na taras i dalej pieszo – 320 schodków do pokonania, €6 pieszo od początku – 551 schodków. Warto wejść na szczyt kopuły. Stamtąd rozpościera się cudowny widok na panoramę Rzymu. Po zejściu na dół opuszczamy Plac Św. Piotra. Na ten dzień też mieliśmy zaplanowane inne atrakcje.
Z Watykanu piechotą przeszliśmy do zamku i mostu Św. Anioła. Zamek mnie zachwycił, ale jeszcze bardziej most, który do niego prowadzi. Most zdobi 9 posagów aniołów, które stworzył Gian Lorenzo Bernini, jeden z największych artystów barokowych. Most naprawdę robi wrażenie. W okolicy zamku znajduje się mały park z ławeczkami, gdzie przysiedliśmy na chwilę. To było jedno ze spokojniejszych miejsc w jakich byłam w Rzymie. Było tam mało turystów, a tylko mieszkańcy. Upał był tak niemiłosierny, że musieliśmy udać się do hotelu, aby się przebrać. Po drodze do metra zjedliśmy obiad w napotkanej Ristorante Venerina. Cudowna bruschetta i sałatka caprese jaką miałam przyjemność tam jeść pozostanie na długo w mojej pamięci. Taki obiad to ja uwielbiam. Mój mąż postawił tego dnia na bardziej kaloryczne danie, mianowicie zamówił carbonarę, wyglądała obłędnie i przypuszczam, że tak też smakowała. Z relacji wiem, że nigdy  nie jadł lepszej. Po obiedzie udaliśmy się do hotelu. Planowaliśmy wyruszyć na nocne zwiedzanie Rzymu.
Wieczorną porą wyruszyliśmy z hotelu i udaliśmy się do metra. Wysiedliśmy na Flaminio by zwiedzić Piazza del Popolo. Na tym placu swój bieg zaczynają starożytne Pola Marsowe oraz papieskie Wieczne Miasto z charakterystycznymi ulicami Via del Corso, Via Babuino i Via del la Ripetta. Podczas tego spaceru zwiedzaliśmy pobliskie rzymskie uliczki i udaliśmy się w kierunku fontanny di Trevi. Podobno warto obejrzeć ją w nocy. Potwierdzam było warto. Fontanna oświetlona wygląda jeszcze lepiej niż za dnia. Wieczorem Rzym tak samo żyje jak w dzień. Z tym, że wtedy ludzie relaksują się w pobliskich restauracjach. Bardzo miło było popatrzeć na te klimatyczne uliczki z tłumem gości w restauracjach na powietrzu. Aż sama nabrałam ochoty, aby zasiąść w jednej z nich. Zrezygnowałam z tego pomysłu, gdyż zapewne nie posłużyłoby to mojej diecie. Włosi jak typowi południowcy lubią celebrować posiłek, jeść dużo i to w porze wieczornej. Z powrotem pokierowaliśmy się do stacji metra Barberini, gdzie po drodze mijaliśmy Piazza Barberini. Tam znajduje się Fontana del Tritone, barokowa fontanna, wykonana przez Berniniego w XVII wieku.

DZIEŃ 4
Ostatni dzień w Rzymie. Postanowiliśmy przeżyć go na spokojnie, ciesząc się chwilą i zwiedzić to czego nie zobaczyliśmy w poprzednich dniach. Z tym spokojem raczej nam nie wyszło, ale nie żałuję bo dzięki temu zwiedziliśmy do końca to co najważniejsze w Wiecznym Mieście. Standardowo jak to po śniadaniu zebraliśmy się w drogę, w pierwszej kolejności kierując się na przystanek autobusowy. Pierwszy raz spotkała nas niemiła niespodzianka ze strony komunikacji miejskiej. Mianowicie przez 45 minut nie przyjechał żaden autobus. Na przystanku było pełno ludzi. Większość nerwowo spoglądała na zegarek, część ludzi zatrzymywała taksówki, które niechętnie chciały zabierać ludzi. Już wtedy wiedzieliśmy, że coś się święci, czekał na prawdziwy WŁOSKI STRAJK. Dopiero wtedy zrozumiałam co to naprawdę oznacza. W Internecie znaleźliśmy kilka informacji na ten temat. Podobno takie sytuacje zdarzają się średnio co 10 dni, przeważnie w piątek, no i właśnie nasz czwarty dzień to był właśnie piątek. Nie pozostało nam nic innego jak starać się usilnie zatrzymać taksówkę, bo piechotą do centrum mieliśmy jakieś 10 km. Na całe szczęście nasz hotel mieścił się
koło bardzo ruchliwej drogi Via Appia, więc taksówek było całkiem sporo. Po około 15 minutach udało nam się wsiąść do taksówki, gdzie bardzo miły Włoch wyjaśnił nam, co tak naprawdę się dzieje. Byłam przekonana, że strajk dotyczy głównie autobusów, grubo się myliłam...okazało się, że cała komunikacja miejska jest sparaliżowana. Metro oczywiście także nie jeździło, ale odrobina szczęścia pomogła nam odnaleźć jeden autobus, który jeździł do centrum. To nic, że był straszny ścisk. Ważne, że udało nam się transportować do celu.
Nasz ostatni dzień zaczynamy od zwiedzania Bazyliki św. Jana na Lateranie. Bazylika była częścią
rezydencji kolejnych papieży od roku 313, zanim została przeniesiona przez papieża Grzegorza XI do Watykanu. Kierując się na północ od Bazyliki dotarliśmy na Piazza Giovanni Paolo II, czyli na Plac Jana Pawła II. Na plac dotarliśmy całkiem przypadkowo. Cieszymy się, że udało nam się tam trafić.
Następnie dotarliśmy w okolice Koloseum, a docelowo zmierzaliśmy do Circus Maximus, czyli największego i najstarszego cyrku starożytnego Rzymu. Rozgrywano w nim przede wszystkim wyścigi rydwanów, ale nie tylko, np. Juliusz Cezar urządzał tam także polowania.
Dalej zmierzamy w kierunku ominiętego podczas drugiego dnia zwiedzana Kapitolu. Plac na Kapitolu skrywa takie atrakcje jak muzeum kapitolińskie, pomnik Marka Aureliusz i główny symbol Wiecznego Miasta, czyli Wilczycę Kapitolińską (Wilczyca była świętym zwierzęciem boga wojny Marsa. Jak głosi legenda, zwierzę miało zaopiekować się i wykarmić Romulusa i Remusa). Kapitol to wzgórze w Rzymie na północny zachód od Palatynu i Forum Romanum, o dwóch wierzchołkach. Nazwę wywodzi się tradycyjnie od czaszki ludzkiej (caput = głowa) odkrytej przy kładzeniu fundamentów pod główną świątynię.
Po tylu wrażeniach jakie spotkały nas tego dnia przyszła pora na obiad. Tu mieliśmy nieco mniej szczęścia, wydaje mi się, że z powodu dużego głodu wybraliśmy pierwszą lepszą restaurację. Jak się później okazało był to duży błąd. Zdecydowanie odradzam Leon D'Oro. Jedzenie tam było delikatnie mówiąc niesmaczne. Pizza fungi, którą zamówiłam była tłusta i niedopieczona, a wyrób sero-podobny na niej niczym nie przypominał oryginalnej włoskiej mozzarelli. Mój mąż zamówił lasagne, która wyglądała również fatalnie. Oczywiście obiadu nie dokończyliśmy, bo szanujemy nasze żołądki...Nie miałam zamiaru czuć się później źle. Dopiero później zaczęliśmy przeszukiwać Internet w poszukiwaniu informacji na temat tej pseudo włoskiej restauracji. Opinie oczywiście potwierdziły nasze spostrzeżenia i większość ludzi też oceniła ją jako złą. Trudno, takie sytuacje też uczą i oczywiście nie miało to wpływu na nasz nastrój, ponieważ zwiedzamy cudowny Rzym. W kolejnej części naszej wyprawy kierujemy się na Stadio Olimpico. Mój mąż jako zapalony kibic nie mógł nie zobaczyć głównego stadionu. Dojazd na stadion nie należał do najprostszych. W okolicach Watykanu odjeżdżają autobusy i tramwaje w kierunku stadionu jednak nic nie jest oznakowane. Poza tym nie mieliśmy pewności, czy ze względu na strajk coś nas tam zabierze. Zapytaliśmy policjantów, czy komunikacja miejska już działa. Niestety okazało się, ze dopiero o godzinie 17:30 przez 3 godziny będzie wznowimy ruch. Mieliśmy jeszcze godzinę do tego czasu dlatego postanowiliśmy wybrać się na znakomitą kawę. Na szczęście tu się nie zawiedliśmy. Popijając kawkę w przemiłej kawiarence obserwowaliśmy życie miasta. O 17:30 wybraliśmy się w drogę na stadion. Czas w jakim udało nam się tam transportować z okolic Watykanu to około 40 minut autobusem. Na miejscu nic się nie działo. Stadionu od środka zwiedzać nie można, także wykonaliśmy kilka zdjęć z zewnątrz i postanowiliśmy wrócić z powrotem do hotelu. Pozostało nam jeszcze spakować się, aby wyruszyć w kolejną podróż.
DZIEŃ 5
Rozpoczyna się nasza podróż do Neapolu. Jak każdego dnia zrywamy się z rana, szybkie śniadanie i wymeldowanie z hotelu. Kierujemy się w kierunku stacji kolejowej Roma Termini. Duży błąd popełniliśmy, że nie kupiliśmy biletów na pociąg kilka dni wcześniej. Wtedy nie przepłacilibyśmy. Mieliśmy do wyboru, wybrać połączenie najtańsze lub najszybsze. Na najtańszy pociąg trzeba było
czekać około 2 godzin, a podróż miała trwać około 3 godzin. Zdecydowaliśmy się na połączenie najszybsze Trenitalia Frecciarossa. Bilety wyniosły nasz około 300 zł za dwie osoby, ale czas podróży to niecałe 1,5h. Pociąg ruszał od razu po zakupieniu przez nas biletów. Oczywiście było warto przejechać się odpowiednikiem naszego polskiego Pendolino. Tym sposobem zaoszczędziliśmy dużo czasu i mogliśmy jeszcze tego dnia zacząć zwiedzać Neapol. W czasie podróży oglądaliśmy piękno natury włoskiej zza okna. Bez wątpienia okolice Rzymu różnią się od tych w Neapolu.
Neapol brzmi dumnie i wspaniale. Nie będąc nigdy wcześniej w tym mieście kojarzyłam je z turystyką, świetnością, słońcem i typowym południowym klimatem. Rzeczywistość okazała się nieco inna niż moje wyobrażenia. Już na samym wjeździe widoki nie zachęcały. Może jest to kwestia tego, że wjeżdżaliśmy do miasta z okolic przemysłowych. Neapol wyglądał dość surowo, tajemniczo i poniekąd...strasznie. Już w pierwszej chwili przeraził mnie swoją szarością, zaniedbaniem i brudem, a podobno problem ze śmieciami miał być już zażegnany. No nic - myślałam, w końcu to dopiero początek. Na domiar złego opuściło nas cudowne rzymskie słońce. Niebo w Neapolu było pełne chmur. Po dotarciu na miejsce wysiedliśmy z pociągu i zaczęliśmy poszukiwać metra, żeby dojechać do hotelu. O ile z kupnem biletu i dojazdem pociągiem do centrum nie było problemu, to niewykonalne dla nas było odnalezienie jakiejkolwiek stacji metra czy autobusu. Czytaliśmy o tym, że w Neapolu jest bardzo zła komunikacja miejska, a metro jeździ w dziwnych i nielogicznych kierunkach, ale musieliśmy tego doświadczyć na własnej skórze, żeby uwierzyć. Przyszło nam jeździć w bardzo wielu krajach, gdzie nigdy się nie zgubiliśmy, ale w Neapolu stało się to o czym pisali inni turyści. Dojechaliśmy do stacji Mergelina, z której chcieliśmy transportować się do linii 2 metra. Jednak nie udało nam się to. Na domiar złego nikt z mieszkańców, których zaczepiliśmy nie mówił nawet słowa po angielsku. Nasze zdolności języka esperanto gdzieś się skończyły i nie byliśmy w stanie porozumieć się, jak dotrzeć do metra, a docelowo do hotelu. Przytłoczeni bagażami i źli na wszystko po około godzinie czasu usilnego poszukiwania metra zdecydowaliśmy się wziąć taksówkę i nią dojechać do hotelu. Tu nastąpiło kolejne niemiłe zaskoczenie...dzielnica, w której mieliśmy nocleg. Na pierwszy rzut oka była straszna, jak wszystko w Neapolu zresztą... Budynek naszego hotelu nie powalał na nogi, ale w środku był miły i czysty. Śmiało mogę polecić Domus Neapolis. Jedyny pozytywny aspekt jak do tej pory naszej wyprawy do Neapolu to przesympatyczni właściciele hotelu i bardzo uprzejmy taksówkarz. Wprawdzie nie rozmawiają w innym języku niż włoski, ale czuć było ich życzliwość. Kolejny cios jaki dostaliśmy to ostrzeżenie od właścicielki, że Neapol jest bardzo niebezpieczny i nie radzi chodzić po mieście o zmroku... Tym załamaliśmy się już całkowicie i tak siedząc sobie na łóżku zastanawialiśmy się gdzie my właściwie przyjechaliśmy. Nie ma się co załamywać - myślałam sobie. Będziemy ostrożni i jakoś zwiedzimy to tajemnicze miasto.
Była godzina 14. Po szybkim prysznicu udajemy się na zwiedzanie miasta. Oczywiście w pierwszej kolejności podejmujemy próbę odnalezienia metra. Niestety znowu bezskutecznie, mimo, że podobno miało być w pobliżu naszego hotelu. Idąc dalej w poszukiwaniu jakiegoś środka transportu mijamy stadion piłkarski Stadio San Paolo. Mój mąż jako zagorzały kibic nawet nie chciał zdjęcia z tym stadionem. Możecie sobie teraz wyobrazić jak on wyglądał - po prostu strasznie, niczym opuszczony, zaniedbany budynek. Kolejnego dnia jak już się oswoił z tym miastem zgodził się na pamiątkowe foto, ale niesmak dalej pozostał.
W dalszej części naszego błądzenia odnajdujemy coś co wygląda jak stacja kolejowa, gdzie jeżdżą pociągi. Oczywiście byłoby to za piękne, aby było możliwe. Do tej pory nie mam pojęcia co to było, ale żadnego pociągu ani metra tam nie znaleźliśmy. Mijają kolejne długie minuty, a my dalej poszukujemy środka transportu. Nawet znaleźliśmy metro i to linię 2 natomiast była ona zamknięta, wyglądała tak, jakby nigdy nie była otwarta. Zrezygnowani siedliśmy naprzeciwko jakiegoś uniwersytetu na ławce i myśleliśmy co dalej. Jedyny pomysł to taki, że idziemy przed siebie. Jak się okazało był to najlepszy pomysł. Znaleźliśmy jeden, jedyny autobus numer 151, który jedzie do centrum! Cudownie, w końcu jakieś światełko w tunelu. Zwiedzanie chcieliśmy rozpocząć od placu Garibaldiego, czyli ostatniego przystanku naszego autobusu. Już podczas tej pierwszej jazdy zorientowaliśmy się jak Neapol jest podzielony.
Mijaliśmy naprawdę piękne i bogate dzielnice w okolicy cudownej promenady, a na sam koniec dotarliśmy do części mniej zamożnej, żeby nie powiedzieć biednej i nieco strasznej. Sama okolica Placu Garibaldiego nie przerażała, natomiast kilka metrów w kierunku morza było już źle, szemrani ludzi, targi murzyńskie oraz wszechobecny brud i śmieci... Idziemy szybkim krokiem przed siebie, w końcu musimy znaleźć nasz autobus i wracać w okolicę promenady. Po jakiś 30 minutach znaleźliśmy przystanek, czekając na autobus zaczepił nas starszy mężczyzna, Włoch, który nie mówi oczywiście w innym języku niż po włosku, ale zrozumieliśmy, że przestrzega nas przed złodziejami. Skoro już mieszkańcy zaczepiają turystów i radzą zachować ostrożność to to miasto musi być naprawdę niebezpieczne. Na autobus na szczęście nie musieliśmy długo czekać. Naszą wycieczkę skierowaliśmy w kierunku lungomare, czyli promenady. Przynajmniej tu się nie rozczarowaliśmy. Promenada była piękna i była jedynym miejscem w Neapolu gdzie byli inni turyści. Tam właśnie znaleźć można bardzo dobre hotele i restauracje. Widoki zapierały dech w piersiach. W oddali domy mieszkalne usytuowane na klifie, a po przeciwnej stronie podziwiać można jeden z najniebezpieczniejszych wulkanów - Vesuvio, a także wyspę Capri. O tak, w takim Neapolu można się zakochać.

Po krótkim spacerze wybraliśmy jedną z knajpek, aby zjeść pizzę, bo podobno to Neapol uznawany jest za stolicę pizzy. Regina Margherita to cudowna restauracja, która uraczyła nas doskonałą pizzą. Nigdy wcześniej nie jadłam tak doskonałej pizzy. Warto było tu przyjechać, żeby spróbować tego cudownego dania. Jak dla mnie rzymska pizza nie umywa się do tej z Neapolu. Sekret jej to doskonałe miękkie ciasto wypiekane w specjalnym piecu i pełne smaków dodatki. Poznałam ciekawą legendą odnośnie tego skąd wywodzi się nazwa pizza margherita. Choć jest to najuboższa, najskromniejsza i najtańsza pizza, nosi imię prawdziwie królewskie. Nazwano ją bowiem na cześć królowej Małgorzaty Sabaudzkiej. Najpopularniejsza we wszystkich pizzeriach na świecie pizza margherita powstała w 1889 roku. Podczas podróży po Włoszech królowa Margherita di Savoia chciała poznać zwykłe, codzienne, najbardziej popularne dania regionalne, które jedli jej poddani. Wraz z mężem odwiedzili Neapol. Tamtejszy piekarz - Raffaele Esposito, przygotował na życzenie królowej najprostszą potrawę – pizzę, w której obok ciasta składnikami były tylko pomidory, ser mozzarella i bazylia. Danie było nie tylko smaczne. Królowa od razu spostrzegła, iż w tej zwykłej codziennej potrawie znalazły się trzy narodowe barwy Włoch: czerwień pomidorów, biel sera i zieleń bazylii. Tak spodobało się królewskiej parze to proste danie, iż zezwolono, by nazwano pizzę imieniem Margherita. Do dziś jest to nazwa najpopularniejszej, najprostszej wersji włoskiej pizzy.
Po obiadokolacji wybraliśmy się jeszcze raz na krótki spacer, aby spalić kalorie. Zwiedziliśmy Castel dell'Ovo, czyli Zamek Jajeczny, który zawdzięcza swą przedziwną nazwę miejscowej legendzie, która głosi, że słynny wieszcz rzymski Wergiliusz posiadał magiczne jajko. Gdy umarł, pochowany został w Neapolu, a jajko przeniesiono do zamku i tam ukryto, aby dodatkowo ochraniało budowlę. Według miejscowych podań umieszczono je w szklanej karafce, dodatkowo wypełnionej wodą. Owa karafka miała znajdować się w żelaznej klatce, którą zawieszono na jednej z dębowych belek podtrzymujących strop w podziemiach zamku. Według tradycji, jeżeli jajko zostanie kiedykolwiek zniszczone, nie tylko zamek, lecz także cały Neapol zostanie dotknięty seriami kataklizmów i tragedii. Okolice zamku są bardzo atrakcyjne dla nowożeńców i ogólnie na sesje zdjęciowe. W tym czasie bardzo wiele par robiło sobie w tej okolicy romantyczne sesje zdjęciowe. Zmrok dość szybko nas zaskoczył także czym prędzej udaliśmy się do hotelu.  

DZIEŃ 6
Po nocnej burzy nastał słoneczny poranek. Od razu po śniadaniu zbieramy się na na kolejny dzień zwiedzania. Śniadanie mieliśmy dość skromne, bo nie hotelowe, a na własną rękę. W pobliskim sklepie kupiliśmy mleko, płatki owsiane i świeże owoce. Dzięki temu przygotowaliśmy sobie szybkie śniadanie. Na ten dzień przewidziany był dość intensywny program zwiedzania, bo wybieramy się poza Neapol. Naszym celem było zwiedzanie Sorrento i Pompei. W pierwszej wersji planu mieliśmy wspinać się na Wezuwiusza, ale podobno zdecydowanie lepiej podziwiać go z dołu a nie z góry. Dlatego podczas tego wyjazdu odpuściliśmy wspinaczkę na wulkan. Udaliśmy się na przystanek. Autobus numer 151 zabrał nas na Plac Garibaldiego, z którego odjeżdżają pociągi w naszym wycieczkowym kierunku. Pociąg kolei państwowej (FS) od placu Garibaldiego połączony jest podziemnym korytarzem na linii Circumvesuviana, które łączą bezpośrednio Neapol i Sorrento. Pociągi odjeżdżają co 30 minut i jadą w niewiele ponad godzinę do Sorrento. Pociąg miejski w Neapolu oczywiście różnił się znacznie od warunków panujących w Trenitali i był niemalże po sufit zapełniony pasażerami. Dlatego przez ponad pół drogi trzeba było stać. Widoki jakie mieliśmy przyjemność oglądać zapierały dech w piersiach do tego stopnia, że zaczęłam zakochiwać się w tej okolicy. Sorrento to miejscowość, położona nad Zatoką Neapolitańską, naprzeciw Wezuwiusza. Zdecydowaliśmy się tam pojechać, bo słyszeliśmy, że słynie z przepięknych widoków. Dlatego pewnie cieszy się tak dużą popularnością wśród turystów. Nazwa 'Sorrento' pochodzi od mitycznych Syren - Surrentum. Legendy głoszą, że odbijający się od morskich fal przepiękny śpiew syren docierając do uszu żeglujących nieopodal marynarzy, szykował im nieszczęśliwy koniec na dnie zatoki.
Opisy w przewodnikach nie zawiodły nas. Rzeczywiście miasteczko jest bajkowe, czarujące i nastawione na turystykę. Sorrento jest idealnym miejscem do wypoczynku zwłaszcza dla ludzi zamożnych. Miasto znajduje się pośrodku cytrusowych i oliwnych gajów. Może zauroczyć turystów kolorowymi skałami, wszechobecnym zapachem świeżych pomarańczy oraz morską bryzą. W Sorrento przeszliśmy się spacerem główną ulicą Corso Italia, która ciągnie się przez całe miasto. Przechadzając się tą drogą zwiedziliśmy najważniejszy plac miasta poświęcony poecie Tasso oraz zobaczyliśmy powstałą pod koniec XIV wieku romańską katedrę, która góruje nad murami miasta. Jeżeli też wybieracie się do Sorrento to warto pójść również w stronę najstarszej bramy miasta, Marina Grande, która charakteryzuje się swoją dawną grecką strukturą. Za bramą znajduje się mała wioska rybacka, która łączy tutejszy styl ze stylem mauretańskim. Będąc w Sorrento wykonaliśmy piękne zdjęcia z Wezuwiuszem w tle. Żałowałam, że tak niewiele czasu  możemy tam spędzić, ale przed nami były jeszcze Pompeje. Wycieczka po Sorrento zajęła nam około 2 godzin. Na szczęście po dotarciu na dworzec od razu załapaliśmy się na pociąg w stronę Neapolu, także nie traciliśmy czasu na czekanie.
Pompeje również nas nie rozczarowały, a wręcz przeciwnie jeszcze bardziej mnie zadziwiły. Szczerze powiedziawszy nie wiedziałam, że to miasto było tak ogromne. Spokojnie należałoby poświęcić cały dzień, żeby dokładnie wszystko zwiedzić, choć przewodniki podają czas 3-5 godzin, ale nie uwzględniają zaglądania do większości domów, bo wtedy czas znacznie się wydłuża. Dopiero teraz zdałam sobie sprawę, że w te okolice trzeba w przyszłości przyjechać na dłużej. Bilet wstępu na teren Pompejskiego Parku Archeologicznego wyniósł nas €11 od osoby. Pompeje to jeden z najważniejszych symboli czasów antycznych i jeden z najlepiej zachowanych mostów łączących nas z przeszłością. Wybuch wulkanu, będący tragedią dla mieszkańców, umożliwił zachowanie w bardzo dobrym stanie niemal całego średniej wielkości rzymskiego miasta. Zwiedzając Pompeje dobrze przygotować sobie wcześniej trasę i mieć ze sobą mapę, którą można wziąć z kasy biletowej. Niektóre z miejsc są od siebie znacznie oddalone, jak chociażby Amfiteatr i Forum, a większość ulic wygląda podobnie i bardzo łatwo zgubić się w tym labiryncie i niepotrzebnie stracić czas. Z wielką przykrością po 3 godzinach zwiedzania musieliśmy opuścić Pompeje, bo zmęczenie dawało się we znaki. Nie udało nam się zobaczyć wszystkich atrakcji, ale będzie po co wrócić w przyszłości.
Droga powrotna w pociągu nie obyła się bez "atrakcji". Nieszczęśliwie trafiliśmy w naszym przedziale na grupę młodzieży zaczepiającą ludzi w dość bezczelny sposób. Dobrze, że podróż nie trwała długo. Po dotarciu do Neapolu zatęskniliśmy za wczorajszym smakiem pizzy. Obiadokolację zjedliśmy w tej samej restauracji co dnia poprzedniego. Wybrałam inny rodzaj, tym razem jadłam pizzę ze szpinakiem, serem ricotta i szynką. Co najlepsze, pizza miała kształt prostokątny, a  w wałeczkach z ciasta drożdżowego były zawinięte kawałki szynki. Ten obiad był jeszcze lepszy niż poprzedniego dnia. Po całym dniu atrakcji pojechaliśmy do hotelu. Nie sądziłam, że to powiem, ale chyba właśnie po tym dniu zaczęłam rozumieć to miasto i nawet zaczęło mi się podobać. Coś w tym jest, że Neapol albo się kocha, albo nienawidzi.
DZIEŃ 7
Ostatni dzień. Szkoda wyjeżdżać, tym bardziej, że pozostaje niedosyt z poprzedniego dnia. Wszystko co dobre kiedyś się kończy. Nie szkodzi, kiedyś jeszcze na pewno tu wrócimy. Jako, że wylot do Polski mieliśmy w późnych godzinach wieczornych to mogliśmy ten dzień poświęcić na dokładne zwiedzenie Neapolu. Dzień rozpoczęliśmy bardzo wcześnie rano. Szybkie pakowanie i ruszamy do centrum miasta. Niezawodny autobus 151 zabrał nas do centrum gdzie rozpoczynamy zwiedzanie. W planie były główne atrakcje i zabytki miasta, a także przejażdżka metrem, którego stacje wyglądają wyjątkowo i zupełnie nie pasują do klimatu tego miasta. Wycieczkę zaczęliśmy od spaceru znaną nam już promenadą. Promenada Caracciolo to obszar przylegający do zatoki, pomiędzy Santa Lucia i Mergellina. Bierze swoją nazwę od postaci znanego admirała neapolitańskiego Franciszka Caracciolo, pochowanego w pobliskim kościele Santa Maria Della Catena. Idąc wzdłuż wybrzeża mijamy duży port Molo Beverello Port, który rozciąga się przez kilka kilometrów od centrum miasta ku części wschodniej i jest trzecim portem włoskim w ruchu pasażerski. Z pobliskiego portu odpływają promy w kierunku dwóch pereł Zatoki Neapolitańskiej – wysp Ischia i Capri. Dwa kroki od portu promowego można trafić na port rybacki z bazarami oferującymi świeże owoce morza. Mergellina to jeden z najbardziej opiewanych przez artystów placów miasta. Niewiele pozostało jednak z jego dawnej świetności – rozrastające się miasto zmieniło bezpowrotnie jego charakter. Kolejnym punktem na naszej mapce był Castel Nuovo, czyli Nowy Zamek, zwany inaczej andegaweńskim. Zamek góruje nad całą dzielnicą centralną miasta i jest głównym symbolem architektonicznym miasta. Tuż obok Zamku, również przy Piazza Municipio warto wejść do wnętrza neorenesansowej Galerii Umberto I. Galeria zbudowana w czasie epidemii cholery, miała chronić przed ptakami roznoszącymi chorobę. Budynek charakteryzuje się wspaniałą architekturą, w którym podziwiać można piękne mozaiki, sklepione kopuły oraz renesansowe i barokowe zdobienia. We wnętrzach galerii znajduje się wiele kawiarni, firm, księgarń oraz modnych sklepów. Ciekawostką jest fakt, iż w każdą środę popołudniu jest to miejsce spotkań najsłynniejszych managerów piosenki neapolitańskiej z artystami. Galeria ma 15 m szerokości zajmuje powierzchnię 1076 m kwadratowych. Po przejściu przez galerię wychodzimy na Piazza Plebiscito, czyli plac tylko dla pieszych. To symbol Neapolu i to tu organizowane są wszystkie ważne imprezy w mieście. Na placu znajduje się też Palazzo Reale (Zamek Królewski). XVII-wieczny pałac, który możemy dzisiaj podziwiać jest efektem wielu przebudować i zmian. Każdy kolejny mieszkaniec pałacu rozbudowywał go i upiększał aż stał się elegancką rezydencją królewską z wielkimi, marmurowymi salami. Obecnie w pałacu znajduje się muzeum, kilka urzędów miejskich, Biblioteca Nazionale (Biblioteka Narodowa) oraz Teatr San Carlo (Teatr Świętego Karola) – największy i najstarszy we Włoszech teatr operowy (z 1737).
Warto oprócz głównych atrakcji miasta zwiedzić dzielnice typowo handlowe, gdzie życie toczy się własnym rytmem, między wąskimi ulicami suszą się całe sznury prania a pod nimi handlarze starają się sprzedać świeże ryby i owoce. Warto usiąść w kawiarni i poczuć klimat tego głośnego i ruchliwego miasta.
Po całym dniu atrakcji pojechaliśmy na lotnisko, a w zasadzie skorzystaliśmy z uprzejmości właścicieli Domus Neapolis, którzy odwieźli nas na lotnisko. Nie obyło się bez czułych uścisków na lotnisku i serdecznych zaproszeń do powrotu. Tak oto kończy się nasz small Italy tour. Teraz śmiało mogę powiedzieć, że Neapol na swój sposób jest wyjątkowy, bardzo tajemniczy, na pewno warty uwagi i odwiedzenia. Nie pałam jeszcze miłością do tego miasta...nie, jeszcze nie tym razem. Kiedyś tu wrócę! Może odkryję go na nowo.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz